Wpis

Po miesiącu systematycznego przerabiania „czytania treningowego”, o którym pisałam ostatnio muszę przyznać, że odnoszę ważenie, że jest lepiej. Musimy jeszcze popracować nad koncentracją, bo dziecko łatwo się rozkojarza, czasem mam wrażenie, że cały czas kombinuje o czym by tu zagadnąć, byleby się nie uczyć i nie czytać. Oby mu to przeszło, bo jak nie, będzie miał ciężko w życiu. Strasznie długo zajmuje mu wykonanie poleceń, właśnie przez te „tematy poboczne”. „Mistrz wcięć” można by rzec. A wracając do tematu, jeśli ktoś chce pomóc dziecku w nauce szybszego czytania, a nie wie jak, to tę książkę mogę z czystym sumieniem polecić. Z zaznaczeniem, że nie chodzi tu o dzieci, które dobrze czytają (nie jest to książka ucząca ekspresowego czytania). Pomaga zwłaszcza tym dzieciom, które przyzwyczaiły się do literowania i nie mogą przestawić się na sylabowanie.

Cóż poza tym u nas? Ciemno, ponuro, pochmurno. Brakuje mi słońca. Muszę wybrać się w jakieś lepiej doświetlone miejsca… może na zakupy:) Albo na siłownię, co zdecydowanie lepiej by mi zrobiło, zwłaszcza że sezon sprzyja tyciu.

3, 2, 1, 0… Start

Moje dziecko dość słabo czyta. Nauczycielka poleciła nam książkę „3, 2, 1, 0… Start. Czytanie treningowe”. Kupiliśmy i dziś zaczynamy treningi. Mam nadzieję, że za jakieś 2 miesiące, jak ją przerobimy, będzie mu łatwiej. Bylebyśmy tylko wytrwali i konsekwentnie przerabiali lekcje 🙂

Jeśli ktoś przerobił tę książkę, to chętnie dowiem się jakie ma doświadczenia. Czy rzeczywiście daje tak duże efekty w czytaniu?

Trochę o sporcie, a trochę o pogodzie i jedzeniu

Ależ się wczoraj działo… Kibicem jestem rzadko, ale miło tak od czasu do czasu się poekscytować – jak mówi moje dziecko. Co prawda gardło dziś trochę zachrypnięte, ale przynajmniej rozładowałam wszelkie emocje i czuję się rześko, lekko i w ogóle cudownie. Co prawda popełniłam pewien błąd, bo założyłam soczewki kontaktowe, zamiast okularów, a dzieciakom zachciało się rzucania serpentynami, konfetti i brokatem, no i pojawił się problem z zaprószonym okiem, ale na szczęście udało się wyciągnąć „intruza”. Zaraz idę do koleżanki, u której kibicowaliśmy, pomóc posprzątać pobojowisko, które urządziły nasze hiper – szczęśliwe dzieci. Wieczorem już nikomu się nie chciało… Ale co to ma za znaczenie, porządek się zaraz zrobi, najważniejsze że jesteśmy MISTRZAMI ŚWIATA 🙂

Cóż słyszę w radio? Zima w Zakopanem? Chyba trzeba będzie zabrać się za porządkowanie garderoby; schować ciuchy letnie, wyjąć zimowe. Przejrzeć czy czegoś nie trzeba dokupić… Albo raczej co dokupić, bo coś to na pewno.

Przy okazji kibicowania – nie tylko tego ostatniego – zauważyłam, że zmienia mi się gust kulinarny. A może smakowy. Nie wiem jak to określić. W każdym bądź razie mam ochotę na więcej rzeczy ostrych i słonych. Naszym imprezowym hitem są ostatnio drożdżowe małe ciasteczka, które jemy z sosami  – przeważnie czosnkowym lub gyrosowym (coraz ostrzejszym). Wczoraj koleżanka przyniosła sos sambal i to był mój hit. Słony i ostry. Jak dla mnie idealny 🙂 A Wy jakie przegryzki lubicie?

Dopadło mnie

Przez ostatnie kilka lat nie była mi potrzebna do pracy ani do szczęścia znajomość angielskiego. W szkole też jakoś nie szła mi nauka języków obcych na tyle dobrze, na ile bym chciała. Aż nadszedł ten dzień, że i mnie dopadło. Zapowiada się dłuższa praca, w której konieczna jest praca z tekstem angielskim. O ile do poważniejszych dokumentów mogę zamówić tłumaczenia przysięgłe, o tyle przy bieżącej korespondencji raczej nie wchodzi w grę, żeby brać tłumacza. Zastanawiam się więc nad jakimś kursem angielskiego. Aż śmiać mi się chce, jak sobie przypomnę, że kiedyś nauczyciel z angielskiego zachęcał nas do nauki mówiąc: uczcie się i korzystajcie póki macie za darmo, bo ludzie płacą nie małą kasę za kursy… No i w końcu i mnie dopadło. Można by było teraz tak mówić dzieciom, chociaż biorąc pod uwagę to, ile dzieciaków znajomych chodzi na dodatkowe lekcje, to przyznać muszę, że teraz to wygląda inaczej niż „za moich czasów”.

Co tam, to tam

Cudowna pogoda. Taką lubię. Łapię witaminkę D kiedy tylko mogę – czytaj: wyleguję się na leżaku na tarasie. Mam już pięknie czekoladowe nogi 🙂 No, może przesadziłam, bo to nie ta karnacja, ale przybrązowione to i owszem. Miło tak wygrzać kości 😉 Co prawda jest te 30C, ale wieje wiaterek, nie jest duszno, więc całkiem przyzwoicie. Przy okazji nadganiam zaległości czytelnicze. Tym razem przerabiam Tolkiena i Camus’a. Niby tematyka różna, ale lubię urozmaicenia. A żeby było ich więcej, wieczorem przeglądam Tytusa, Romka i A’Tomka papci Chmiela.

Zastanawiam się też nad zapisaniem się na Zumbę, bo zdecydowanie potrzebuję trochę więcej aktywności i mam nadmiar energii do spalenia. Co prawda u nas jest teraz przerwa wakacyjna w zajęciach, ale mam nadzieję, że do września mi nie przejdzie 🙂

Huśtawka pogodowa

Ostatnio znów mamy huśtawkę pogodową. Po ciepłym (ale bez przesady) i optymistycznym niemal całym marcu, nadszedł chłodniejszy, deszczowy kwiecień. A zapowiadał się całkiem letnio. Oby chociaż pogoda w Święta dopisała, bo nie uśmiecha spędzać tych dwóch wolnych, pięknych dni w domu. Całe szczęście, że udało mi się wykorzystać piękną sobotę na umycie okien. Teraz tylko kosmetyczne poprawki w domu i można zająć się pieczeniem i gotowaniem 🙂

Dziś słyszałam, że końcówka kwietnia ma być iście letnia, z temperaturami sięgającymi 30C… Ciekawe co z tych prognoz zostanie za dwa tygodnie… Osobiście nie cieszą mnie takie upały, zwłaszcza, że organizm jeszcze nie przygotowany na takie skoki po zimie.

Wiosna 1

Chyba mnie zmorzyło i zapadłam w sen zimowy, bo widzę, że mój ostatni wpis strasznie stareńki… A tymczasem aura zrobiła się sprzyjająca dla wycieczek, spacerów, itp. i znów wymówka do mniejszej aktywności przy komputerze. Dorzućmy do tego jeszcze zbędne kilogramy, które jakoś dziwnie zimą się przybłąkały i już kolejny powód, żeby nie tylko palce pracowały. No ale skoro już przypomniałam sobie, że jestem autorką bloga i zalogowałam się na konto, to wstyd nie pozostawić śladu po wizycie. W ostatnim czasie poza pogodą niewiele się w moim życiu zmienia, a że jest dobrze, więc nie będę narzekać na brak emocji i akcji 🙂

Najbliższy weekend też zapowiada się spokojnie – trzeba posprzątać mieszkanie, bo w tygodniu nie ma na to czasu, przetrzeć okna zakurzone jeszcze po zimie i przełożyć opony letnie. Trzeba też zgrabić trawnik i dokupić tuje, które się nie przyjęły. Mam kilka pomysłów na innowacje w domu, więc będę eksperymentować 🙂

W niedzielę zmiana czasu, więc trzeba się będzie przestawić na czas letni… Dobrze, że nie w poniedziałek.

Dzieci w barach

Wczoraj przeczytałam niusa, że jedna z włoskich restauracji zabroniła przebywania u siebie dzieci po godzinie 21, co wywołało oburzenie części społeczeństwa. No bo jak to możliwe, że jakiś knajpiarz prowadzi politykę antyrodzinną nie pozwalając się ludziom bawić. No cóż, niektórzy chcieliby mieć wszędzie wstęp wolny z dziećmi i ze zwierzętami, a wszelkie przejawy ograniczenia tej „swobody” uważają za atak. Zastanówmy się nad tym rozsądnie. Co dzieci (zakładam, że małe, skoro powodem było uskarżanie się klientów na bieganie i zabawę dzieci w restauracji) robią o tej porze w restauracji? Przecież o tej godzinie, jeśli nawet nie powinny spać, to przynajmniej leżeć lub być w swoim pokoju. Przypomniała mi się przy tej okazji scenka, którą nie raz widziałam w knajpkach na wrocławskim rynku, za studenckich czasów, kiedy bywałam tam częściej i do późniejszych godzin. Otóż, zwłaszcza w soboty, nawet ok. godziny 1 w nocy, w zadymionych salach, w których można by przysłowiową siekierę powiesić, biegały sobie brzdące w wieku – na oko – 2-7 lat, podczas gdy ich „nowocześni” rodzice, zapewne studenci, w najlepsze bawili się ze znajomymi: pili, palili, gadali i tylko od czasu do czasu spoglądali na „przychówek”, który biegał po całej sali, wdrapywał się na krzesła czy ławy, właził pod stół, itp. Najwyraźniej w tamtych czasach restauratorzy uważali, że klient jest klient i nie do nich należy dbanie o dobro jego dzieci. A w kontekście ostatnich medialnych afer o spacerowanie pijanych rodziców z dziećmi, no cóż, nie jest to żadna nowość, wtedy rodzice też trzeźwi z dziećmi nie wracali i być może takie historie przydarzały się obecnym sędziom zajmującym się ocenianiem ludzi lub ich znajomym. Oczywiście nie popieram takiego zachowania, chcę tylko powiedzieć, że nie jest to nowość, która nagle pojawiła się rok czy dwa lata temu, wzbudzając sensację i oburzenie. Z drugiej strony patrząc, nie zazdroszczę mieszkańcom Rynku: częste głośne imprezy, problemy z parkowaniem, tłok w czasie festynów i jarmarków, hałas praktycznie każdego dnia przez całą dobę. Jak się jeszcze jest młodym i bezdzietnym, to może i fajnie tak, ale dla starszych osób, które mieszkają tam od czasów powojennych, to zapewne żadna atrakcja, no ale cóż urok posiadania mieszkanie w centrum Wrocławia. A wracając do tematu, osobiście uważam, że są miejsca, w których dzieci nie powinny przebywać np. knajpy i nie jest to żadne „postępowe”, „liberalne”, czy inne modne słówko, myślenie ze strony rodziców ciągnących dzieci do takich przybytków, tylko zwykły egoizm na zasadzie: ja chcę sobie wyskoczyć na fajkę i bronka, a że nie mam cię z kim zostawić, to idziesz ze mną. Podobnie, po określonej godzinie dzieci nie powinny się włóczyć po restauracjach czy imprezach. Dziecko to nie zabawka, którą można wziąć pod pachę i wszędzie i o każdej porze dnia i nocy ją gdzieś ze sobą ciągnąć.

Ciężko się pozbierać…

Oj, ciężko. Sporo było wolnego, leniuchowania, wypoczywania, odpoczywania, leżenia, spacerowania, odwiedzania, świętowania, spotykania się, zabawy; nastroju do tańca i rozmów itd. A teraz dwa dni pracy. Na szczęście bardziej teoretycznie, niż praktycznie, bo niewiele się dzieje. Spokój. Ludzie rozleniwieni, większość jeszcze na urlopach, a ci co dziś przyszli, bardziej się snują i rozmawiają niż pracują, ale cóż poradzić; człowiek nie jest maszyną. Za to od wtorku będziemy mieli łatwiej, bo mała aklimatyzacja już będzie za nami, a 2-tygodniowi urlopowicze będą dopiero się spinać w sobie. Nie wiem dlaczego, ale latem po dłuższym wolnym jakoś łatwiej wbić się w rytm pracy. Może dlatego, że ostatnio dość ponuro na dworze, więc dodatkowo się nie chce. Hmm…

Chyba się przejdę w weekend popatrzeć na „wyprzedaże” (nazwa zbyt szumna jak na fakty, ale co tam). Śmiać mi się chce z tych przecen po 50 czy 70%. Spróbuj człowieku znaleźć taki towar. Nie przeczę, być może jest gdzieś (lecz nie wiadomo gdzie), jedna rzecz przeceniona o 70%, dobrze schowana przed wzrokiem kupujących, którzy prawdopodobnie i tak by jej nie chcieli. Zresztą po przedświątecznych podwyżkach wcale nie trudno przecenić towar. Przykład: na początku grudnia wpadła mi w oko kostka Rubika. Widziałam ją w smyku i w empiku. Cena w smyku: 39,90 albo 39,99 (już nie pamiętam), w empiku: 45 z ilomaś groszami. Cena przed świętami w smyku to 49,90 albo 49,99 zł, a w empiku 59 z groszami !!! Co prawda chciałam ją kupić w empiku, bo miałam zniżkę na gadżety i produkty kreatywne, ale okazało się, że kostka jest zabawką i się nie łapie na zniżkę, więc podziękowałam. Oczywiście to tylko jeden z wielu przykładów, ale wcale nie odosobniony. Wyprzedaże to tak naprawdę obniżki po świątecznych podwyżkach, czyli powrót do normalnych cen. Wiem, ale i tak pójdę, nie po to żeby kupić, bo właściwie niczego nie potrzebuję, ale przynajmniej poprzeglądam…

A pod koniec miesiąca trzeba będzie pojechać na szkolenie do Bydgoszczy. Hmm. Dawno nie byłam w tamtej okolicy. Ostatni raz pewnie w drodze nad morze. Aż miałoby się ochotę zerwać i wyskoczyć nad Bałtyk zobaczyć jak wygląda zimą. Kto wie, może się uda. Ponoć szkolenie mamy w fajnej okolicy nad rzeką czy kanałem, gdzie są piękne szkieletowe domy. Bydgoszcz to podobno piękne miasto. Nigdy nie byłam tam dłużej, chociaż taka architektura z wyraźnymi wpływami niemieckimi podoba mi się. Oby szkolenie nie było za długie, żeby mieć trochę czasu na spacery i zwiedzanie.

W stronę rękodzieła

Ostatnio jestem zafascynowana ozdobami, dodatkami do domu, torebkami i ciuchami ręcznie robionymi, decoupagem, szydełkowaniem, dzierganiem, itd. Miło jest mieć coś oryginalnego, niepowtarzalnego, jedynego w swoim rodzaju i jedynego na świecie, nawet jeśli nie jest perfekcyjne, jak… perski dywan 🙂 Dlatego też spędziłam ostatnimi czasy wiele godzin na różnych blogach opisujących i zawierających zdjęcia różnych arcydzieł i arcydziełek. Co więcej, spojrzałam „innym okiem” na swoje mieszkanie i wprowadziłam kilka modyfikacji, póki co w kuchni, umieszczając w niej ręcznie robione (osobiście) ściereczki i podkładki, z których jestem bardzo dumna. Co więcej, napisałam również list do siostry, na wykonanej osobiście papeterii ozdobionej akwarelką i wysłanym w osobiście wykonanej kopercie z czerpanego papieru, również ozdobionej akwarelką. Wszystko wyszło całkiem nieźle jak na początkującą. Oczywiście, nie da się tych rozwiązań zastosować na szerszą skalę, np. nie wyobrażam sobie w firmie wysyłać faktur na ręcznie robionym papierze, w ręcznie robionych kopertach, chociaż zapewne klientom by się spodobała taka manufaktura (poza tymi, którzy nie zwracają uwagi na takie „fanaberie”).

Ale wracając do tematu, siostra była zachwycona moim listem. Powiedziała, że nie dziwi się, że kiedyś listy związywano wstążeczką i przechowywano, jeśli były pisane w tak pięknej oprawie. Mój list trafił do jej „archiwum” najcenniejszych pamiątek 🙂 Ciekawe czy doczekam się odpowiedzi w podobnej formie… Nie żebym się dopraszała, ale miło by było.

Ponieważ spodobała mi się subtelność akwarelek i ponoć nieźle mi wyszyły, zastanawiam się, czy nie wykonać jakiegoś małego malowidła na moją pustą ścianę, która „razi mnie” już od dość dawna i na którą wahałam się czy powiesić półkę z książkami albo ozdóbkami (których kiedyś nie cierpiałam jako siedlisko kurzu i przeszkodę w sprzątaniu), czy też powiesić obrazek. No zobaczymy, spróbować chyba można 🙂