Przemęczone dzieci

Nagle odkryto Amerykę, że dzieci mają za dużo obowiązków szkolnych i są przemęczone. Co więcej, jest to ponoć efekt ostatniej reformy. Śmiech na sali. Od wielu lat rozmawiamy na ten temat z koleżankami i wściekamy się, że dzieciaki miewają po 8, a czasem nawet 9 lekcji dziennie, po czym muszą jeszcze w domu odsiedzieć jeszcze kilka godzin nad zadaniami domowymi. Nauczyciele chętnie każą im kupować ćwiczenia, których nie mają czasu uzupełniać na lekcjach, więc zadają wszystko do domu. Poza tym inne zadania, projekty, referaty i wychodzi na to, że dzieciaki w podstawówce i gimnazjum ślęczą po nocach nad lekcjami, zresztą w weekendy i święta także. Gdyby podlegały pod kodeks pracy byłoby to zabronione, ale nie podlegają. Szlag mnie nieraz trafiał, kiedy miałam zaplanowany weekendowy wyjazd do rodziny, na wycieczkę czy na narty i musiałam zrezygnować, bo młody miał lekcje do zrobienia. Zero życia pozaszkolnego + zero zabaw + strata młodości = polski system edukacji. I to naprawdę nie jest nowość i kwestia ostatnich miesięcy. Podobnie jak przeciążone plecaki.

Ferie

Od poniedziałku, a właściwie od piątku dzieciaki w naszym województwie zaczynają ferie. Moje dziecię nie życzyło sobie wyjazdu na żadne zimowisko. Ostatnio doszłam do wniosku, że jego cwany plan jest oparty na 15-godzinnym, codziennym maratonie w cs-a. Niedoczekanie jego. Na tydzień wysyłam go do rodziny, u której o komputerze może sobie tylko pomarzyć. Na drogę zostanie zaopatrzony w książkę, którą będą przerabiać zaraz po feriach. Poza tym będzie mógł się zrelaksować na basenie, spacerze, łażeniu po górach czy co mu się tam zamarzy (w granicach rozsądku).

Zresztą na weekend sama się z nim chętnie wybiorę. A jak będzie sprzyjająca pogoda, to może nawet na taki dłuższy weekend… Zobaczymy.

Serwis

Dzięki panu z serwisu zmarnowałam jeden dzień urlopu… wrrr… Miał przyjść dziś do zepsutego pieca. Nie dość, że trzeba było czekać na wolny termin 2 tygodnie, to jeszcze nie przyszedł. I nawet nie raczył zadzwonić i poinformować, że się nie wyrobi. Co za czasy.

Zaduszki

Dziś Zaduszki. A ja jestem już w wieku, w którym znajdzie się mnóstwo osób do wspominania… A z czasem pewnie będzie ich jeszcze przybywać…

Wczoraj był

Wczoraj był babski wieczór, dziś jest ciężki dzień… Taki związek przyczynowo – skutkowy 😉

Zmiana?

Kiedyś bałam się pająków. Tak niemal panicznie. Do żadnego się nie zbliżyłam na odległość kilku kroków (chyba, że nieświadomie). Pewnego dnia, gdy siedziałam na ogrodzie i obserwowałam pająki, stwierdziłam, że jest to totalnie głupie. Jak można bać się tak małego zwierzaka? Który w dodatku nie jest w stanie zrobić nam krzywdy. Bo zdaje się, że u nas jedynym „gryzącym” pająkiem jest krzyżak, ale ileż w końcu ich jest. Pozostałe straszą tylko wyglądem, a że dla człowieka posiadanie 8 nóg jest czymś strasznym (chirurgia plastyczna nie poszła póki co tak daleko, ale dajmy jej jeszcze trochę czasu 😉 ), więc jakoś boimy się tych pająków. Co prawda nie przestałam się ich od razu bać, ale z czasem przynajmniej przestałam panikować. Teraz nie mam problemu z „pokojowym” wyproszeniem pająka z domu czy z ubiciem go, jeśli jest to niemożliwe. No i zdaje się, że wychodzi mi, że przyroda nie znosi pustki. Dziś miałam „straszny” sen. Śniły mi się węże. Mnóstwo różnych węży, które przypełzły do mojego domu, bo w pobliżu była powódź, więc „schroniły się” u nas. Było ich tyle i tak szybko się poruszały, że trzeba było uważać, jak się chodzi. Strasznie, ale tak naprawdę strasznie się ich bałam, tym bardziej że nie wiedziałam czy nie ma wśród nich jakiejś żmii, a że były takie jakieś kolorowe, nie żadne rodzime eskulapy, więc trudno się było połapać. A rodzina nic. Przyszły, to i pójdą jak opadnie woda. Nawet nie przeszkadzało im zostawienie dzieci samych na noc, kiedy pełno tego pełzało w pobliżu. No i obudziłam się wystraszona… Czyżby dopadł mnie nowy lęk. Węży jakoś nigdy się nie bałam. Oczywiście nie jest to jakieś moje ulubione zwierzątko do głaskania, ale ogólnie – luz. Hmm…

W pracy natomiast ciąg dalszy szarej rzeczywistości. Na szczęście już wkrótce dwa długie weekendy, a później oby do świąt. Będzie trochę luzu i urozmaicenia, tym bardziej, że już wszyscy mają dość. W pracy mamy niezły „młyn”. Ale ponoć, żeby było lepiej, najpierw musi być gorzej. No więc jest gorzej, a za chwilę będzie (mam nadzieję) lepiej. Poza tym odniosłyśmy z dwoma koleżankami wielki sukces – miałyśmy taką jedną współpracowniczkę (bo koleżankę, to za dużo powiedziane), którą obecna literatura blogowa nazwałaby zapewne toksyczną. Ciężko się z nią pracowało, oj ciężko. Ustaliłyśmy jednak plan „pedagogicznego” podejścia do tego wyjątkowego przypadku i ujarzmiłyśmy ją 🙂 Pełen sukces 🙂

No dobra, trzeba kończyć przerwę śniadaniową. Blog żyje, coś nowego napisałam, więc nie jest źle… Oby tylko takie przerwy się zdarzały.

Wspólnota

Kiedyś wydawało mi się, że wspólnota mieszkaniowa to taka fajna rzecz. Byłam zdania, że ma tę przewagę nad spółdzielnią, że są niższe koszty obsługi, no i jeśli w zarządzie są mieszkańcy to bardziej im zależy; więc naprawy są dokonywane szybciej i rozsądniej. Ma też tę przewagę nad domkami jednorodzinnymi, że zbiera się wspólnie fundusze na remonty, więc summa summarum wychodzi korzystniej… To tyle teorii i optymistycznego myślenia. W mojej wspólnocie jest tak, że na zebranie przychodzi garstka zainteresowanych osób, uchwały są podejmowane w tempie… hmm… powiedziałabym że ślimaczym, ale ślimaki przy tym zasuwają, o naprawy trzeba się wykłócać, bo każdy ma inną wizję ich kolejności. Opłaty jakoś wyjątkowo niskie też nie są. A tak poza tym to większość ma wszystko w d… Mylić się jest ponoć rzeczą ludzką, więc przyznaję, że się myliłam. 

Jeszcze trochę

Jeszcze trochę, troszeczkę i do domu. Jakoś ciężko mi dziś czas w pracy mija. Stąd wpis (chyba jedyny plus tego stanu rzeczy). Wypiłam cztery kawy, kilka herbat, więc chyba już nic nie jest w stanie mnie pobudzić. No, może jakaś „zadyma”, ale nie o takie pobudzenie mi chodzi.

Rzadko ostatnio bloguję, bo i nie bardzo jest o czym. Jakieś takie mało emocjonujące życie prowadzę. Co prawda chciałam zrobić dłuuugi wpis po urlopie, ale stwierdziłam, że w sieci jest wystarczająco dużo jadu i negatywnych emocji i nie będę dokładać swoich. Napiszę więc tylko: nie, nie i jeszcze raz nie dla wyjazdów nad nasze morze. I nie chodzi mi tu bynajmniej o pogodę, tylko o zachowanie „turystów”. Tłok, wrzask, wszędobylskie parawany, a za nimi za często chlanie i palenie. Masakra. Doprawdy, parawany powinny być dozwolone tylko w wietrzną pogodę jako osłona przed piaskiem miotanym przez wiatr… A kiedyś tak bywało tam pięknie…

Wyjazd nad morze

Już za parę dni, za dni parę 🙂 A konkretnie pojutrze… wyjeżdżamy nad morze. W tym roku tak nietypowo, w połowie tygodnia. A to dlatego, że uznaliśmy, że wtedy są mniejsze korki i łatwiej dojechać. A poza tym początek urlopu (czyli od dziś) to świetny czas, żeby pozałatwiać zaległe sprawy. Pogoda również ma nam sprzyjać. Ma być coraz to cieplej, więc liczę na to, że nie pomarzniemy nad naszym niemal arktycznym morzem.

Wszystkie rzeczy w zasadzie mamy przygotowane do podróży. Na liście pozostały drobiazgi, choć nie ukrywam, że kusi mnie kupno jeszcze jednego stroju kąpielowego… Jak co roku.

W tym roku jedziemy z gitarami. Konkretnie – z dwoma. Chłopaki deklarują, że będą nam koncertować przy ognisku, a my będziemy odpowiedzialne za kiełbaski i szaszłyki. Oki, bylebym nie musiała go rozpalać 🙂 Z zaprowiantowaniem nie będę mieć problemu.

Jedyny problem, który nam się może pojawić to jak się z tym wszystkim pomieścić do samochodów. I mniejsza jeszcze z nami, ale znajomi chcą brać dla dzieciaków i hulajnogi i rowerki… Jakoś tego nie widzę. Chyba, że wynajmą jakiegoś busa 😉

Ale super! Mam nadzieję, że wszyscy się będziemy/będziecie dobrze bawić, czego Wam i sobie życzę 🙂

Jutro

Wzięłam sobie na jutro urlop. Właściwie w ostatniej chwili, bo dużo osób „rzuciło” się na wolne w piątek. Nic dziwnego, koniec roku szkolnego. Co oznacza mniejsze korki w mieście 🙂 W tym roku dzieciaki będą miały piękny początek wakacji, a jak będzie później, to się jeszcze okaże. Tak czy inaczej odpoczną i odeśpią.

Jutro jest także Dzień Ojca. Wypadałoby wybrać się dziś na zakupy, a jutro na kawę do taty 🙂 I tak chyba zrobię. Tym bardziej, że dzień tygodnia i pogoda sprzyja, więc może kupię coś na grilla i posiedzimy dłużej w ogrodzie. Swoją drogą, może uda się wypatrzyć robaczki świętojańskie. Dawno, dawno temu ich ganianie było największą atrakcją dla dzieci w końcówce czerwca.

W tym roku zaszalałam z wakacjami. Na ostatni tydzień sierpnia zarezerwowałam pokoje w Bieszczadach. Zdecydowanie mam ochotę na spędzenie choć kilku dni złotego sierpnia w górach. Liczę na cudowne widoki na połoninach; oby pustych. A w lipcu z kolei zaklepałam pokój w Kołobrzegu, gdzie się wybieramy większą grupą, z małymi dziećmi, więc wzięliśmy większy lokal z kuchnią. Mam nadzieję, że na plaży nie będzie zbyt tłoczno. Niestety na puste plaże jakie pamiętam z dziecinnych lat nie ma co liczyć, ale marzę choć o jakimś względnym spokoju. Ostatecznie plaże mamy szerokie. Poza tym w Kołobrzegu morze jest chyba najchłodniejsze na całej linii, więc może największe tłumy pociągną do Zatoki Gdańskiej i w okolice Międzyzdrojów… Wiem, jestem naiwna, ale nie można człowiekowi zabronić mieć nadzieję. 

Póki co cieszę się z planowanych wyjazdów, z pięknej pogody i ogromnej ilości endorfin, które sobie dostarczam spędzając aktywnie wieczory i słuchając świetnej muzyki Michała Bajora. A że jego płyt mam sporo, więc mój entuzjazm i dobry humor powinien trwać długo 🙂 No i zapomniałabym: wkrótce zacznie się sezon jagodowy. Czy czegoś jeszcze może brakować człowiekowi do szczęścia? 🙂

Miłych wakacji i wszystkiego najlepszego dla wszystkich Tatusiów 🙂