Po przerwie

Witam po wyjątkowo długiej przerwie. Blog był ostatnio przeze mnie zaniedbany, choć nie porzucony. Po prostu trafiły się inne zajęcia absorbujące mnóstwo czasu, czyli głównie praca. A szkoda, bo gdyby to były np. podróże, albo jakieś nietypowe, niestandardowe wydarzenia, przynajmniej byłoby o czym pisać. A tak to trochę kicha. Za to na pocieszenie mam urlop 🙂 Póki co w domu. Choć na szczęście przed wyjazdem. Aktualnie jestem na etapie robienia listy potrzebnych rzeczy, prania i prasowania garderoby. Ech, to miłe zamieszanie. Trzeba jeszcze dokupić kosmetyki do opalania i po opalaniu i mieć nadzieję, że się przydadzą nad Bałtykiem, bo pogoda ostatnimi czasy trochę niepewna. Co prawda nie lubię wylegiwać się na słońcu, ale poleżeć trochę na piasku z książką w ręku miałabym ochotę. Przede wszystkim jednak uwielbiam długie spacery. Mogłabym wybrzeże przejść 🙂 No i lubię choć trochę, symbolicznie popływać.

Cóż poza tym wydarzyło się przez te 3 miesiące? Hmm. Najważniejsze, że nie dopadły nas żadne klęski zdrowotne ani pogodowe. Nie było również rewolucji w pracy. Można by rzec, że był to okres tzw. świętego spokoju, czyli stanu bardzo pożądanego. Niestety w naszej okolicy nasiliły się kradzieże, więc trzeba bardziej uważać. Widok przypiętego blokadą do stojakach koła od roweru niestety nie jest już rzadkością.  Na osiedlu za to wyjątkowy spokój. Co prawda mamy wakacje i jeszcze 20 lat temu byłby to okres „głośny” i „rozbiegany”, a teraz jakby dzieci wymiotło. I nie jest to bynajmniej wina niżu demograficznego. Przykład: ja pochodzę z tzw. wyżu. W mojej szkole w każdym roku były klasy A i B. Moje dziecko pochodzi już z niżu. Szkoła ma większy okręg niż moja, choć nie wiem ile osób pod nią podpada, ale faktem jest, że u niego były klasy A, B i C. Teraz (kiedy jest ponoć głęboki niż, likwidują szkoły itd.) – mimo, że okręg się nie zwiększył, a wprost przeciwnie – zmniejszył, bo wybudowano nową szkołę, są klasy: A, B, C, D, E i F !!! Witamy w kryzysie demograficznym po polsku. A co do tej ciszy, to nie mam pojęcia czy wszystkie dzieciaki powyjeżdżały, czy spędzają wakacje w wirtualnym świecie…

Wszystkiego najlepszego

w Wielkim Tygodniu. Nie dajcie się zwariować zakupom i przygotowaniom. W końcu nie na tym polega świętowanie, żeby paść na twarz w sobotę wieczorem 🙂

Brrr, jak zimno.

Must do przed świętami

Jakieś fatum ostatnio ciąży nad weekendami, że goszczą nas zimną, deszczową albo zimną i deszczową pogodą. A ja w końcu muszę okna pomyć i miło byłoby się przy okazji nie przeziębić. Dwa lata temu już tak miałam, że wkurzona przedłużającym się chłodem, wreszcie przed samymi świętami umyłam okna i balkon, a później przeleżałam święta z gorączką. W zeszłym roku „wstrzeliłam się” w ładną pogodę i wyganiałam sąsiadkę z okna, która myła je w krótkim rękawku przy temperaturze na pewno niższej niż 5C. Ech, te kobiece: must do. Gorsze niż must have, bo bardziej się może na zdrowiu odbić. Niby ma się ochotę wyciągnąć kołdry puchowe i zagrzebać się pod nimi z książką, albo włączyć jakiś fajny film, a tymczasem krzątamy się po domu ze ścierkami jak nieboskie stworzenia, biegamy po sklepach, pieczemy, gotujemy, wprowadzając przy okazji nerwową atmosferę w domu. A później, po świętach narzekamy na +… kg. Trzeba by to chyba zbadać genetycznie i coś zmodyfikować 😉

Tymczasem muszę się wybrać do fryzjera, bo co się dało ukryć pod czapką, teraz jest na ogólnym widoku i nie wygląda ciekawie.

O brrr

O brr, dałam się zwieść pięknej pogodzie przez okno i wybrałam się bez kurtki do sklepu. Niby nie jest zimno, ale tylko w słonecznych i zacienionych miejscach. Poza tym wiatrzycho straszne i zimne.

Wkrótce Dzień Kobiet, a ja jestem ciągle podpytywana co bym chciała 🙂

Muszę ustalić jeszcze z moimi chłopakami jakie święto chcą obchodzić: Dzień Mężczyzny czy Dzień Chłopaka, bo od jakiegoś czasu obchodzimy oba… A Dnia Dziewczyn dla równowagi nie ma 😉

21 stycznia

Zima w pełni i z położenia geograficznego Polski wynikałoby, że panuje u nas temperatura poniżej zera i kraj pokrywa śnieg. Tymczasem tradycyjną piosenkę o tradycyjnej polskiej zimie można by zmienić np. tak:

Zima, zima, zima,
Kwitną krokusy,
Raz pochmurnie, raz słonecznie,
Raz deszczowo, a raz wietrznie,
Robią psikusy
Nasze globusy.

O ile dorosłym to nie przeszkadza, bo ludzie szybko się starzeją; ba, nawet dwudziestoparolatki szybko marzną, narzekają na skrobanie samochodów i nie potrafią cieszyć się zimą aurą (chyba, że na modnym wyjeździe na narty), o tyle dzieci narzekają. Ferie spędzają głównie w domu, bo co tu robić na dworze… Wczoraj przechodząc koło samochodu, do którego pakowała się rodzinka, usłyszałam jak dziecko upewniało się: ale będzie tam śnieg. Jeszcze niedawno uśmiechaliśmy się na widok dzieci w bardzo południowej Europie i Afryce obserwując ich zachowanie, kiedy spadło tam trochę śniegu. Może wkrótce i nasze dzieci będą się tak dziwić. Zresztą znam rodzinę, która pojechała z dzieckiem właśnie w góry, żeby pokazać mu jak wygląda śnieg w większej ilości niż symboliczna i żeby pokazać jak się jeździ na sankach, więc może ta „afrykańska przyszłość” nie tak odległa…

Tymczasem mamy przedwiośnie, a może późną jesień? Trudno określić, bo z jednej strony nie pachnie wiosną, a z drugiej kwiaty zaczynają kiełkować.

A wszystkim Babciom i Dziadkom składam najlepsze życzenia: zdrowia, zdrowia, zdrowia, braku zmartwień i 100 lat.

Wpis

Po miesiącu systematycznego przerabiania „czytania treningowego”, o którym pisałam ostatnio muszę przyznać, że odnoszę ważenie, że jest lepiej. Musimy jeszcze popracować nad koncentracją, bo dziecko łatwo się rozkojarza, czasem mam wrażenie, że cały czas kombinuje o czym by tu zagadnąć, byleby się nie uczyć i nie czytać. Oby mu to przeszło, bo jak nie, będzie miał ciężko w życiu. Strasznie długo zajmuje mu wykonanie poleceń, właśnie przez te „tematy poboczne”. „Mistrz wcięć” można by rzec. A wracając do tematu, jeśli ktoś chce pomóc dziecku w nauce szybszego czytania, a nie wie jak, to tę książkę mogę z czystym sumieniem polecić. Z zaznaczeniem, że nie chodzi tu o dzieci, które dobrze czytają (nie jest to książka ucząca ekspresowego czytania). Pomaga zwłaszcza tym dzieciom, które przyzwyczaiły się do literowania i nie mogą przestawić się na sylabowanie.

Cóż poza tym u nas? Ciemno, ponuro, pochmurno. Brakuje mi słońca. Muszę wybrać się w jakieś lepiej doświetlone miejsca… może na zakupy:) Albo na siłownię, co zdecydowanie lepiej by mi zrobiło, zwłaszcza że sezon sprzyja tyciu.

3, 2, 1, 0… Start

Moje dziecko dość słabo czyta. Nauczycielka poleciła nam książkę „3, 2, 1, 0… Start. Czytanie treningowe”. Kupiliśmy i dziś zaczynamy treningi. Mam nadzieję, że za jakieś 2 miesiące, jak ją przerobimy, będzie mu łatwiej. Bylebyśmy tylko wytrwali i konsekwentnie przerabiali lekcje 🙂

Jeśli ktoś przerobił tę książkę, to chętnie dowiem się jakie ma doświadczenia. Czy rzeczywiście daje tak duże efekty w czytaniu?

Trochę o sporcie, a trochę o pogodzie i jedzeniu

Ależ się wczoraj działo… Kibicem jestem rzadko, ale miło tak od czasu do czasu się poekscytować – jak mówi moje dziecko. Co prawda gardło dziś trochę zachrypnięte, ale przynajmniej rozładowałam wszelkie emocje i czuję się rześko, lekko i w ogóle cudownie. Co prawda popełniłam pewien błąd, bo założyłam soczewki kontaktowe, zamiast okularów, a dzieciakom zachciało się rzucania serpentynami, konfetti i brokatem, no i pojawił się problem z zaprószonym okiem, ale na szczęście udało się wyciągnąć „intruza”. Zaraz idę do koleżanki, u której kibicowaliśmy, pomóc posprzątać pobojowisko, które urządziły nasze hiper – szczęśliwe dzieci. Wieczorem już nikomu się nie chciało… Ale co to ma za znaczenie, porządek się zaraz zrobi, najważniejsze że jesteśmy MISTRZAMI ŚWIATA 🙂

Cóż słyszę w radio? Zima w Zakopanem? Chyba trzeba będzie zabrać się za porządkowanie garderoby; schować ciuchy letnie, wyjąć zimowe. Przejrzeć czy czegoś nie trzeba dokupić… Albo raczej co dokupić, bo coś to na pewno.

Przy okazji kibicowania – nie tylko tego ostatniego – zauważyłam, że zmienia mi się gust kulinarny. A może smakowy. Nie wiem jak to określić. W każdym bądź razie mam ochotę na więcej rzeczy ostrych i słonych. Naszym imprezowym hitem są ostatnio drożdżowe małe ciasteczka, które jemy z sosami  – przeważnie czosnkowym lub gyrosowym (coraz ostrzejszym). Wczoraj koleżanka przyniosła sos sambal i to był mój hit. Słony i ostry. Jak dla mnie idealny 🙂 A Wy jakie przegryzki lubicie?

Dopadło mnie

Przez ostatnie kilka lat nie była mi potrzebna do pracy ani do szczęścia znajomość angielskiego. W szkole też jakoś nie szła mi nauka języków obcych na tyle dobrze, na ile bym chciała. Aż nadszedł ten dzień, że i mnie dopadło. Zapowiada się dłuższa praca, w której konieczna jest praca z tekstem angielskim. O ile do poważniejszych dokumentów mogę zamówić tłumaczenia przysięgłe, o tyle przy bieżącej korespondencji raczej nie wchodzi w grę, żeby brać tłumacza. Zastanawiam się więc nad jakimś kursem angielskiego. Aż śmiać mi się chce, jak sobie przypomnę, że kiedyś nauczyciel z angielskiego zachęcał nas do nauki mówiąc: uczcie się i korzystajcie póki macie za darmo, bo ludzie płacą nie małą kasę za kursy… No i w końcu i mnie dopadło. Można by było teraz tak mówić dzieciom, chociaż biorąc pod uwagę to, ile dzieciaków znajomych chodzi na dodatkowe lekcje, to przyznać muszę, że teraz to wygląda inaczej niż „za moich czasów”.

Co tam, to tam

Cudowna pogoda. Taką lubię. Łapię witaminkę D kiedy tylko mogę – czytaj: wyleguję się na leżaku na tarasie. Mam już pięknie czekoladowe nogi 🙂 No, może przesadziłam, bo to nie ta karnacja, ale przybrązowione to i owszem. Miło tak wygrzać kości 😉 Co prawda jest te 30C, ale wieje wiaterek, nie jest duszno, więc całkiem przyzwoicie. Przy okazji nadganiam zaległości czytelnicze. Tym razem przerabiam Tolkiena i Camus’a. Niby tematyka różna, ale lubię urozmaicenia. A żeby było ich więcej, wieczorem przeglądam Tytusa, Romka i A’Tomka papci Chmiela.

Zastanawiam się też nad zapisaniem się na Zumbę, bo zdecydowanie potrzebuję trochę więcej aktywności i mam nadmiar energii do spalenia. Co prawda u nas jest teraz przerwa wakacyjna w zajęciach, ale mam nadzieję, że do września mi nie przejdzie 🙂